Bartolomé de las Casas – prorok przegranej sprawy

Obrońca uciśnionych, pionier praw człowieka. Autora Krótkiej relacji o wyniszczeniu Indian uznaje się równie często za chrześcijańskiego utopistę. Przez ponad pół wieku budził sumienia Hiszpanów, wołając o ludzkie traktowanie bliźnich.



Po odkryciu Ameryki przez Kolumba Europa przeżyła wielki szok: oto bowiem pół globu okazało się zasiedlone przez ludzi, nieznających sposobu życia ani myślenia Starego Świata; jego religijnych sporów i osiągnięć cywilizacyjnych. Bogactwa nieznanych ziem zaczęły przyciągać za Atlantyk poszukiwaczy bogactwa i sławy. Konfrontacja, do której wkrótce doszło między Hiszpanami a autochtonami, w której ci ostatni byli z góry skazani na porażkę, doprowadziła do podporządkowania Indian władzy zdobywców. Najpierw na Antylach, później w miarę dokonywania kolejnych odkryć i podbojów, w Meksyku i Peru, miliony popadły w niewolę. Encomienda wprowadzona przez Koronę hiszpańską – w praktyce odmiana niewolnictwa, wywodząca się z instytucji funkcjonującej na Półwyspie Iberyjskim w czasach rekonkwisty – oddawała konkwistadorom do dyspozycji określonych Indian i ich pracę, w zamian za dość mglistą i nigdy nie realizowaną obietnicę podejmowania się ich chrystianizacji i obrony przed nadużyciami ze strony silniejszych. Okrucieństwo Europejczyków i przyniesione przez nich choroby, nieznane ludziom Nowego Świata, w pierwszych dekadach konkwisty zdziesiątkowały Indian, zmuszanych do pracy w kopalniach, na plantacjach, przy połowie pereł.

Kapłan-encomendero

Bartolomé de las Casas urodził się w Sewilli 11 listopada 1484 roku w rodzinie od pokoleń kupieckiej; według niepotwierdzonej tradycji historiograficznej kształcił się na słynnym uniwersytecie w Salamance. Przodek jego przybył za Pireneje z Francji, wiedziony wezwaniem do krucjaty przeciwko Maurom i po zdobyciu miasta nad Gwadalkiwirem osiedlił się tam i założył rodzinę. Przez pokolenia kolejni dziedzice nazwiska Casaus zasiadali w patrycjuszowskich władzach miasta i wżeniali się w bogate kupieckie rodziny. Dobrze sytuowany musiał więc być i Pedro, ojciec Bartolomé, dlatego nie wiemy, co dokładnie spowodowało, że wraz z synem opuścił Hiszpanię, by szukać szczęścia na Oceanem. W 1502 udali się na Haiti (wówczas Hispaniolę) z ekspedycją  chciwego i okrutnego Nicolása de Ovando. Wśród uczestników tej wyprawy znajdowało się wielu słynnych później conquistadores, w tym sam Francisco Pizarro. Dla wielu z nich największa z dotychczas skolonizowanych wysp była jedynie przystankiem do dalszej podróży ku bogactwu i sławie. Jednak Bartolomé zdecydował się osiąść w prowincji Cibao i zostać encomendero i właścicielem niewolników. Sam też uczestniczył w chwytaniu niewolników. Kilka lat później (1510) został pierwszym kapłanem wyświęconym w Nowym Świecie.
W tym samym roku na Hispaniolę przybyli dominikanie pod przywództwem Pedro de Córdoby i Antonio de Montesinosa, który przerażony brutalnym traktowaniem Indian przez osadników grzmiał z ambony: Jesteście winni grzechu ciężkiego - za okrucieństwo i tyranię, z jaką traktujecie tych niewinnych ludzi(...). Jakim prawem poddaliście tych ludzi tak okrutnemu i straszliwemu traktowaniu(...)? Dlaczego prześladujecie i wykorzystujecie, obciążając ich ogromem ciężkiej pracy(...)? A jaki wysiłek podjęliście, by zapoznać ich z prawdą o Bogu i Stwórcy? Czy oni także nie są ludźmi? Czyż nie posiadają oni duszy rozumnej? Dominikanie stali się pierwszymi obrońcami praw autochtonów przed nadużyciami ze strony encomenderos. Zdecydowali się także na radykalny krok, odmawiając udzielenia rozgrzeszenia tym, którzy korzystali z pracy indiańskich niewolników. Sam de las Casas stanął jednak wtedy po stronie encomenderos – wciąż był jednym z nich i także jemu odmówiono rozgrzeszenia. W kolejnych latach uczestniczył nadal w wyprawach po niewolników w roli kapelana i powiększał swój majątek.
Żadna wielka zmiana nie dzieje się w jednym konkretnym momencie. Jednak tak samo, jak święty Augustyn mógł wskazać moment swego nawrócenia w słynnym Weź i czytaj, tak de las Casas pisał o jednym wydarzeniu, które radykalnie zmieniło jego poglądy. W 1514 przygotowując się do homilii na Zesłanie Ducha Świętego rozważał fragment Mądrości Syracha (34, 18-22): Kto przynosi na ofiarę rzecz niesprawiedliwie nabytą, ofiaruje szyderstwo: dary bezbożnych nie są bowiem przyjemne Panu. Nie ma upodobania Najwyższy w ofiarach ludzi bezbożnych, a grzechy przebacza nie przez wzgląd na mnóstwo ofiar. Jakby na ofiarę zabijał syna w obecności jego ojca, tak czyni ten, co składa w ofierze [rzecz wziętą] z własności ubogich. Nędzny chleb jest życiem biednych, a kto go zabiera, jest zabójcą. Zabija bliźniego, kto mu zabiera środki do życia, i krew wylewa, kto pozbawia zapłaty robotnika. Lektura tego fragmentu ostatecznie przekonała go, że on i jego rodacy popełniają wielki grzech wykorzystując Indian. Od tej chwili uważał, że encomienda wraz z całym systemem eksploatacji ludności miejscowej jest wielką niesprawiedliwością i powinny zostać zlikwidowane. Oddał swój majątek i darował wolność niewolnikom, wzywając innych by poszli jego śladem. Apel ten oczywiście nie trafił do serc osadników, lecz wywołał opór na tyle, że de las Casas wraz z Córdobą i Montesinosem zdecydowali się poszukać pomocy w samej Hiszpanii.

po lewej - de las Casas i Indianie, po prawej - w trakcie dysputy, XVI wiek

Dzięki poparciu potężnego zakonu dominikańskiego miał nadzieję na przekonanie Ferdynanda do likwidacji encomiendy. Leciwy monarcha przyjął de las Casasa pod koniec 1515 w zimowych leżach w Plasencia i obiecał po powrocie do zdrowia powrócić do jego sprawy. Pomimo śmierci króla jeszcze tej samej zimy, niezrażony de las Casas zaprezentował odpowiedzialnym za sprawy Indii swój projekt zmian zawarty w Memorial de Remedios para las Indias. Proponował w nim stworzenie indiańskich osad w pobliżu hiszpańskich miast i terenów bogatych w surowce, gdzie autochtoni oprócz pracy na rzecz osadników byliby poddawani chrystianizacji i cywilizowani. Podał konkretny plan funkcjonowania i finansowania samorządnych osad indiańskich pod nadzorem Hiszpanów. 
Czy taki plan miał wtedy i kiedykolwiek szanse realizacji? Na razie musiał pozostać jedynie w sferze marzeń, bowiem dwaj główni urzędnicy odpowiedzialni za politykę wobec kolonii - biskup Burgos de Fonseca i sekretarz królewski Lope Conchillos - sami jako encomenderos pobierali zyski z nieodpłatnej pracy Indian i jakakolwiek zmiana pozbawiająca ich profitów była niemożliwa. Sojusznika zyskał jednak niedługo w kardynale Cisnerosie, rządzącym krajem w zastępstwie młodego króla Karola. Na potężnym regencie pomysły i osoba gorliwego adwokata Indian zrobiły wrażenie na tyle, że jego ideom pozwolił zadziałać w praktyce, a jego samego uczynił odpowiedzialnym za ich realizację. Tym sposobem de las Casas stał się Obrońcą Indian z roczną pensją wynoszącą tysiąc pesos, nadzorującym pracę trzech hieronimitów, których sam dobrał, by przeprowadzili już na miejscu zmiany jakie razem z nim uznają za słuszne.
Luis de Figueroa, Bernardino de Manzanedo i Alonso de Santo Domingo wyruszyli do Nowego Świata innym statkiem, niż de las Casas i dotarli za Ocean dwa tygodnie wcześniej, niż on. Ten czas wystarczył jednak, by zweryfikować ich przekonanie co do możliwości przeprowadzenia głębszych zmian. Sami osadnicy narzekali, że Indianie bez ich nadzoru nie potrafią funkcjonować, nie pracują i wolą wegetować lub umrzeć z głodu. Widząc opór, jaki wywołuje w Hiszpanach jakakolwiek próba zmiany niesprawiedliwych stosunków na wyspach, po odebraniu kilku niesłusznie ich zdaniem dzierżonych encomiendas, możliwość skutecznego działania w ich ocenie wyczerpała się. Gdy de las Casas sam przybył do Ameryki, oskarżył hieronimitów o współpracę w uprowadzaniu Indian. Ich stosunki stały się bardzo złe. Inni koloniści zachowywali się agresywnie, nie bacząc na honory, jakimi obdarzył kapłana regent kardynał Cisneros, do tego stopnia, że musiał szukać schronienia w klasztorze swych sojuszników dominikanów, którzy nadal odmawiali rozgrzeszenia encomenderos. W maju 1517 de las Casas powrócił do Hiszpanii i ogłosił przed regentem fiasko swej misji. 

Czarni niewolnicy i utopia w dżungli

Cisneros nie miał już cierpliwości do bezkompromisowego gwałtownika. To nie on miał jednak wpływ na dalszy przebieg spraw, gdyż w tym samym roku zmarł i władza trafiła wreszcie w ręce młodego wciąż Karola. Przebywający w rodzinnej Flandrii król musiał usłyszeć dużo dobrego o hiszpańskim kapłanie z ust swego doradcy i sekretarza Jeana de la Sauvage. Jemu właśnie i de las Casasowi powierzył on misję opracowania nowego ustroju Indii Zachodnich. Oprócz planu utworzenia indiańskich osad, który pojawił się już w  Memorial de Remedios…, sewilczyk uznał, że skoro źródłem nadużyć ze strony Hiszpanów był brak siły roboczej, powinno się zmienić sposób kolonizacji Karaibów: zamiast leniwych i chciwych conquistadores umieszczać tam wieśniaków, którzy pracując na niewielkich majątkach mogliby nauczyć Indian efektywnej pracy, zamiast do niej zmuszać. Ubytek, jaki w dobrach encomenderos wywoła uwolnienie Indian, można wyrównać, sprowadzając niewolników z Afryki. 
Niewolnictwo to jedna z okropnych kart historii Ameryki. Los czarnoskórych niewolników, porywanych ze swych rodzinnych wiosek, sprzedawanych przez żydów, muzułmanów, lecz i chrześcijan, transportowanych w okropnych warunkach przez ocean – co powodowało ogromną śmiertelność – zmuszanych później do pracy na ogromnych plantacjach, wołał przez setki lat o sprawiedliwość głosami abolicjonistów wielu wyznań i narodowości. Dlaczego de las Casas, który nazywany bywa pionierem praw człowieka w Nowym Świecie, nie tylko nie potępił istnienia tej instytucji, lecz wskazywał ją jako rozwiązanie problemu? Skąd w człowieku tak wrażliwym na niedolę jednej grupy, taka obojętność na los innej? Wśród obrońców de las Casasa jego poparcie dla  sprowadzania czarnych niewolników usprawiedliwia się tym, że głównym zmartwieniem Hiszpana był wieczny los zarówno Indian, jak i Murzynów (postulował on zresztą sprowadzanie tylko chrześcijańskich niewolników). Autochtoni, zwolnieni z przerastających ich obowiązków, mieli szanse na otrzymanie odpowiedniej edukacji religijnej i wieczne zbawienie, podobnie jak Murzyni, odebrani swych odrzucającym Chrystusa panom w Afryce. Los niewolników na Karaibach w czasach de las Casasa nie był na pewno gorszy od ich sytuacji w Starym Świecie. Podnosi się także, iż wycofał się z tego pomysłu w dalszych latach swego życia. 
Na pewno nieuzasadnione są głosy krytyków Hiszpana, którzy oskarżają go o danie podwalin pod transatlantycki handel niewolnikami. Pomysły takie pojawiały się już wcześniej, a biorąc pod uwagę stale zmniejszającą się populację Indian przy wzrastającej potrzebie rąk do pracy, proceder ten tak czy siak musiał zaistnieć.
Oskarżenia te są tym więcej niestosowne, gdyż nie było dane nawet rozpocząć wprowadzania tych planów w życie. De la Sauvage niespodziewanie umarł i kolejne przedsięwzięcie okazało się całkowitym fiaskiem. Osadnicy, w dużo mniejszej niż pierwotnie zakładana liczbie, przybyli co prawda na Karaiby, lecz nikt tam na nich nie czekał. Źle zaopatrzeni, traktowani przez swych krajan niewiele lepiej niż autochtoni, którzy z kolei traktowali ich z tą samą wrogością, co innych Hiszpanów, musieli walczyć o przetrwanie. Poruszony tym de las Casas uznał, że następna jego inicjatywa będzie musiała mieć inną naturę. Skoro już dwukrotnie poległ przez brak zrozumienia i współpracy, kolejne przedsięwzięcie skierował ku tym ziemiom, gdzie pomocy od innych, jak uważał, ani nie będzie potrzebował, ani nawet nie będzie mu udzielona. 

Mapa Meksyku przed przybyciem konkwistadorów, Isolario autorstwa Benedetto Bordone, 1534

Tym sposobem rozpoczęła się historia jego misji w Cumaná na północy dzisiejszej Wenezueli. Tereny te były słabo skolonizowane. Bodaj jedynymi europejskimi osadami były tam dwa niewielkie klasztory: franciszkanów w Cumaná i dominikanów w Chiribichi, niepokojone wciąż przez hiszpańskie najazdy podejmowane w celu chwytania niewolników. Plan był typowo dla de las Casasa ambitny i utopijny. W jego wzorcowej kolonii jedynymi Hiszpanami mieli być Rycerze Złotej Ostrogi – stowarzyszenia utworzonego na wzór zakonów rycerskich. 
Przedsięwzięcie musiało zyskać aprobatę króla, któremu de las Casas obiecał, że jego wyprawa pozwoli na rozwinięcie handlu złotem i perłami. Jednak opozycja, nie tyle wobec jego planów, co osoby, była ogromna także w Hiszpanii. Jego wrogowie na dworze byli liczni, wśród nich choćby znany nam już biskup Fonseca, Gonzalo de Oviedo, czy biskup Quevedo. De las Casas miał jednak i sojuszników wokół króla, przede wszystkim pośród jego niderlandzkiej świty. Uzyskał oficjalne patenty i potwierdzenie wyłączności swej jurysdykcji na terenie wielu kilometrów kwadratowych. Nie udało mu się jednak przekonać zbyt wielu kolonizatorów, a pieniądze na sfinansowanie wyprawy pożyczyć musiał między innymi od szwagra. 
Tymczasem sprawy w Cumaná wzięły chyb najgorszy obrót. Zgodne życie zakonników mieszkających wśród Indian i swobodnie poruszających się po okolicznych wioskach przerwała brutalna i zdradziecka wyprawa Alonzo de Ojedy, która wróciła na Wyspy Karaibskie z cennym ładunkiem indiańskich niewolników. W odwecie za to, Indianie zniszczyli hiszpańskie osady i klasztory. Na wieść o masakrach Audiencia - urząd z ramienia króla zawiadujący sprawami kolonii - postanowiła wysłać do Cumaná karną ekspedycję pod przywództwem Gonzalo de Ocampo. W tym czasie na Karaiby przybył de las Casas z grupą osadników i gdy dowiedział się o planach, które mogły storpedować kompletnie jego misję, zażądał od Ocampo rozstrzygnięcia sporu przed Audiencią, która niechętna gorliwemu kapłanowi oczywiście odrzuciła jego apelację. Wyprawa de Ocampo powróciła na Hispaniolę z ogromnym tabunem niewolników, a do tego osadnicy których przywiózł de las Casas, rozpierzchli się po wyspach. Z niewielką grupką pożeglował ku wybrzeżom Wenezueli.
Napotkani tam Hiszpanie, niedobitki po założonym przez de Ocampo Nuevo Toledo, natychmiast wsiedli na statki i popłynęli ku Hispanioli. Nie pozostał jednak de las Casas sam pośród wrogich Indian: w pobliżu zachował się niewielki klasztor, którego mieszkańcy żyli w harmonii z autochtonami. Tam właśnie de las Casas postanowił stworzyć placówkę swej misji. Zbrojne wyprawy Hiszpanów jednak nie ustawały i już po kilku miesiącach opuścił kontynent, by szukać pomocy przeciwko nim w Audiencii. W tym czasie, pozbawieni nadzoru osadnicy zrazili do siebie Indian na tyle, że ci zniszczyli osadę i tylko cudem część Hiszpanów zdołała się uratować. Zanim de las Casas, po przedłużającej się podróży, dotarł na wyspy, wieści o jego klęsce (a nawet pogłoski o śmierci) były już znane na Hispanioli. 

W zakonie dominikanów

Choć, wbrew nadziejom wielu swoich wrogów, de las Casas nie spoczął w ruinach swej idealnej osady, na kilka lat wycofał się z czynnego życia publicznego. Za radą swego przyjaciela i doradcy, Domingo de Betanzosa, w 1522 postanowił wstąpić do zakonu dominikanów i złożył śluby rok później, po czym podjął studia nad regułą świętego Dominika i teologią Tomasza z Akwinu. Rozpoczął także pisanie wielotomowej Historia de las Indias.
Nie mógł jednak na zbyt długo pozostać odcięty od świata i jego niepokojów. Podbój państwa Inków stanowił dla niego nową, wspaniałą szansę – jeśli w najwcześniejszym okresie hiszpańskiego panowania uda mu się nie dopuścić do rozwoju niewolnictwa i encomiendy, tamtejsi Indianie być może unikną tragicznego losu swych braci z wysp i meksykańskiego płaskowyżu. Wydawało się zresztą, że miał i poparcie króla, od którego uzyskał specjalną cedulę zabraniającą podobnych praktyk. Z początku nawet Pizarro i Almagro, choć nie omieszkali wyrazić swego niezadowolenia, zadeklarowali posłuszeństwo. De las Casas nie mógł jednak na dłużej zabawić w Peru – najpierw zajęty misją tworzenia klasztorów w Nikaragui, potem już w Meksyku, doprowadzający do ostatecznego pokoju ze zbuntowanym indiańskim kacykiem Enrique. Gdy tylko udało mu się pozostawić za sobą te sprawy, pragnął skierować się znów do Peru, gdzie miał zadecydować się los milionów poddanych upadającego imperium. Dotarcie do celu uniemożliwiła mu jednak pogoda. Rozczarowany, nie miał jednak zbyt wiele czasu na rozważanie. W 1536 razem z grupą współbraci udał się do pozbawionej praktycznie kapłanów Gwatemali. Tam de las Casas spotkał człowieka, z którym na pewno mógł wymienić wiele ciepłych słów – niedawno wyświęconego na biskupa Francisco Marroquína, autora wydanego dwie dekady później katechizmu w indiańskim języku Quiche. Misjonarska praca wśród Majów stanowiła dla utrudzonego niepowodzeniami zakonnika dobrą odmianę i przygotowanie do kolejnych przedsięwzięć. 
Choć przez wieki chrystianizacja Ameryki Łacińskiej miała także oblicze ojca Gabriela z Misji, szczególnie w pierwszych dziesięcioleciach odbywała się ona zbyt często w sposób okrutny i przymusowy. Akta indiańskiej inkwizycji opisują jeszcze przez długi czas pozorne tylko wyznawanie chrześcijaństwa przy jednoczesnym kultywowaniu dawnych wierzeń. Dla de las Casasa taka sytuacja była nie do przyjęcia i nie omieszkał po raz kolejny o tym przypomnieć.
Jego osoba nie przestała więc budzić kontrowersji. Drukiem ukazało się wkrótce jego oparte na zdobytych doświadczeniach De Unico modo vocationis, w którym przedstawiał swój pogląd na nawracanie Indian. Dzieło jego wpisywało się w spór między dwoma wielkimi zakonami – franciszkanami i dominikanami. Ci pierwsi stosowali metodę masowego udzielania chrztów, której drudzy – z nimi de las Casas – zdecydowanie się sprzeciwiali. W De Unico… wysunął nawet tezę, że chrzty takie, jako udzielane bez dostatecznej wiary i rozeznania, są nieważne. Jego zdaniem, jedyną metodą chrystianizacji powinno być przekonywanie serca i rozumu. Sprzeciwiał się także użyciu przemocy. 

Grafika Teodora de Bry pochodząca z wydania Krótkiej relacji..., ca. 1598

Dla przeciwników de las Casasa jego poglądy były tylko nieopartymi na rzeczywistości mrzonkami. Jeżeli Indianie rzeczywiście byliby tacy rozumni i dobroduszni, jak twierdził zakonnik, dlaczego on sam nie przekona ich proponowanymi przez siebie metodami do wiary chrześcijańskiej? To zawiodło naszego bohatera w niedostępne góry środkowej Gwatemali, do regionu zwanego Tuzulatlan Ziemia Wojny. Tym razem, inaczej niż w przypadku wyprawy Rycerzy Złotej Ostrogi, ryzyko zakłócenia ze strony Hiszpanów było niewielkie – teren misjonarskiej pracy de las Casasa obejmował niedostępne góry, zamieszkane przez dotychczas niepodbite plemiona. Pierwszymi misjonarzami tej krainy byli wędrowni indiańscy kupcy – nauczeni przez zakonników pieśni, rytmem wzorowanych na popularnych wśród autochtonów, lecz opowiadających o wydarzeniach z życia Chrystusa. Po powrocie opowiedzieli oni o nadzwyczajnym zainteresowaniu, jakie ich pojawienie się wywołało u Indian, którzy szczególnie zaskoczeni byli opisem zakonników, skromnych i obojętnych na dobra materialne – jakże innych od Hiszpanów, których spotykali wcześniej. 
Dzięki nawróceniu jednego z kacyków, który przyjął imię Don Juan, dominikańscy misjonarze już bez strachu wkraczali na tereny, które Hiszpanie nazwali Tierra de Guerra. W przypadku  okolicznych plemion metoda także dawała szybkie rezultaty. Ku uciesze zakonników, udało się zgromadzić Indian, dotychczas żyjących jak pół-nomadzi, w osadach, gdzie mogli otrzymywać odpowiednią edukację religijną i chronić się przez najazdami Hiszpanów. 
Sytuacja rozwijała się w końcu pomyślnie dla planów de las Casasa. Ledwo bowiem zdołał on sam zobaczyć efekty pracy misjonarskiej w Tuzulatlan (które wkrótce zacznie być nazywane Verapaz – Prawdziwy Pokój), do Ameryki dotarł tekst bulli Pawła III Sublimis Deus. Papież stwierdzał w niej, że Indianie są rozumnymi ludźmi tak samo jak Europejczycy i jakiekolwiek plany ich nawracania powinny być podejmowane bez użycia przemocy. Potępiał branie ich w niewolę, szczególnie pod pretekstem cywilizowania i chrystianizacji. 

Nowe Prawa i ich klęska

Zdawało się, że sytuacja Indian zacznie się polepszać. Wkrótce de las Casas odbył podróż do Hiszpanii, gdzie mógł zaprezentować optymistyczne efekty swej pracy kolegium, które zebrało się w celu opracowania nowych zasad dotyczących hiszpańskich rządów w Indiach. Powstałe w efekcie Leyes Nuevas (1542) odpowiadały w zasadzie wszystkim postulatom dominikanina, choć nie były tak radykalne w zastosowanych rozwiązaniach. Usunięto szereg urzędników odpowiedzialnych za dotychczasowe nadużycia. Zakazano brania Indian w niewolę pod jakimkolwiek pretekstem poza działaniami wojennymi. Encomienda miała zostać zlikwidowana – dotychczasowi encomenderos zachowali swe prawa, jednak po ich śmierci Indianie stawali się ludźmi podlegającymi jedynie Koronie. Nieliczni ocalali autochtoni z Puerto Rico, Hispanioli, Kuby i Jamajki zostali zwolnieni z jakichkolwiek ciężarów na rzecz państwa.
W tym samym czasie, gdy w Barcelonie Karol V podpisywał Leyes Nuevas, de las Casas w Walencji kończył pisać swoje najsłynniejsze dzieło, wydane drukiem dekadę później - Brevísima relación de la destrucción de las Indias. Zadedykował je księciu Filipowi, który wkrótce samodzielnie stanąć miał na czele hiszpańskiego imperium. 
Wkrótce też spotkał de las Casasa wielki honor: miał zostać biskupem Cuzco, największej i najbogatszej diecezji Nowego Świata. Stary zakonnik jednak tak długo zwlekał z przyjęciem stanowiska, usprawiedliwiając się koniecznością uzyskania zgody swych przełożonych, aż w końcu otrzymał je ktoś inny. Uznano jednak, że człowiek tak zasłużony i znający sprawy Indii powinien otrzymać biskupstwo jednej z nowo powstałych diecezji w Ameryce. Tym sposobem stał się de las Casas biskupem Chiapas na pograniczu meksykańsko-hondurańskim. Była to jedna z młodszych i najbiedniejsza diecezja w całym Nowym Świecie. Zaraz po przybyciu dominikanin prosić musiał Madryt o fundusze na własne utrzymanie. Nie pomogła mu też reputacja wroga nadużyć i przyjaciela Indian – bez przerwy wchodził w konflikty z encomenderos i podległymi sobie księżmi, którzy prowadzili życie niezgodne z Ewangelią. Przez cały okres jego obecności w diecezji dochodziło do manifestowania niechęci i wrogości wobec niego. W końcu zaatakowano siedzibę biskupa, który niedługo potem opuścił swą diecezję.
Walka de las Casasa miała już wtedy jednak podstawę – kiedy rozpoczynał swoja działalność trzy dekady wcześniej, nie miał w ręku królewskiego dekretu zakazującego zniewalania Indian. Opozycja wobec Leyes Nuevas w Ameryce była jednak bardzo silna. Uderzały one bowiem bezpośrednio w interesy uprzywilejowanej klasy hiszpańskich zdobywców i wysokich urzędników, którzy swe bogactwa zdobyli właśnie na wykorzystywaniu pracy autochtonów. Choć formalnie się im podporządkowali, nie zamierzali wprowadzać ich w życie. Skoro bowiem byli oni jedyną liczącą się siłą militarną w Nowym Świecie, ich krzywda oznaczałaby koniec hiszpańskiego panowania w Ameryce. Dlatego też zdecydowana większość humanitarnych postanowień dekretu z 1542  nie weszła w życie. W pewnym sensie sytuacja Indian się pogorszyła – skoro bowiem król może odebrać encomiendę wdowie i dzieciom po śmierci ich męża, co wcześniej było nie do pomyślenia, należało wzbogacić się jak najszybciej, by dać najbliższym dobre zabezpieczenie. Do Hiszpanii płynęły setki listów pełnych żalu od rozczarowanych niewdzięcznością króla za wierną służbę. 

Ilustracja z tej samej książki

Niewiele czasu minęło i król ugiął się. W listopadzie 1545 roku zniósł przepis, mówiący o wygaśnięciu encomiendy, umożliwiając jej dziedziczenie. Tym samym sytuacja Indian jako uzależnionych od swoich hiszpańskich panów ustaliła się na długie stulecia. Wobec tego jak głos wołającego na puszczy wydają się być ustalenia synodu biskupów meksykańskich z 1546, w którym uczestniczył też pasterz diecezji Chiapas, a na którym powtórzono, że jedynym celem obecności Hiszpanów w Nowym Świecie jest chrystianizacja pogan, nie zaś powiększenie potęgi jakiegokolwiek królestwa czy zdobycie bogactw. 
W początkach 1547 de las Casas odpłynął z Vera Cruz do Hiszpanii, opuszczając Amerykę już na zawsze.
Stary zakonnik nie odnalazł jednak spokoju w rodzinnym kraju. Od momentu przybycia spotkał go festiwal oskarżeń i kalumnii, którym obrzucano go, mimo dobrych stosunków z panującym Filipem II. Wrogowie w każdym jego słowie, wypowiedzianym w obronie Indian i ich praw doszukiwali się ataku na hiszpańską Koronę i jej władzę w Ameryce. Do pojedynku z nim stanął słynny mistrz scholastyki, Juan Ginés de Sepúlveda. W swym dziele Democrates Alter, sive de justis causis apud Indos wysuwał tezę, że władcy chrześcijańscy mają prawo podporządkować sobie zbrojnie niektóre ludy pogańskie z powodu ich wykroczeń przeciwko naturze i okrutnych ofiar z ludzi; poza tym, uległe narody łatwiej przekonać do wiary chrześcijańskiej. Żadne z tych twierdzeń nie było nowe – w zasadzie z każdym z nich de las Casas musiał mierzyć się na którymś etapie swojej walki o prawa Indian.
W ramach zorganizowanej w Valladolid w 1551 dysputy przed kolegium teologów i prawników obaj mieli okazję zaprezentować swe twierdzenia i kontrargumenty. Sędziwy dominikanin odpowiadał na tezy Sepúlvedy, że prawa swe do działań w Nowym Świecie Hiszpania posiada z nadania papieża Aleksandra VI, który nadał je dla jednego celu, to jest chrystianizacji Indian. Ci zaś, zamiast być nawracani na wiarę w Chrystusa, są zniewalani i zabijani. Wszystko, co wraz z Hiszpanami przyszło na nich zza Oceanu, to cierpienie i udręka; Bóg chrześcijański, w którego imieniu przychodzą do nich konkwistadorzy, jawi im się jako gorszy, niż najokrutniejsze bóstwa ich panteonu. Indianie zaś nie są ludźmi niecywilizowanymi ani pozbawionymi umiejętności organizowania się w sprawnie funkcjonujące społeczności. Wobec misjonarzy, którzy przychodzą do nich z Dobrą Nowiną, a nie pożogą i mieczem, są wspaniałomyślni i gościnni, słuchają ich i bez przymusu przyjmują chrzest. Perory swe de las Casas kończył przestrogą: Bóg widzi niesprawiedliwości i zło, jakie z ręki Hiszpanów spadają na Indian, widzi sprzeniewierzenie misji jaką zostali wobec nich obdarzeni i nie zapomni o tym. Jeśli Hiszpania upadnie, a sprawiedliwy Bóg ukarze ją na pewno, będzie to właśnie z powodu tych biednych i bezbronnych Indian.

Dziedzictwo i interpretacje

Proroczo brzmią te słowa dziś, gdy znamy już historię upadku Hiszpanii pod ciężarem jej imperium. Działalność i idee de las Casasa przez wieki były poddawane interpretacjom przez wiele środowisk. Na swego patrona obrali go sobie zwolennicy teologii wyzwolenia. Dla politycznych wrogów Madrytu i krytyków starego porządku jego Krótka relacja o wyniszczeniu Indian z sugestywnymi grafikami Teodora de Bry stał się zręcznym orężem w walce z dynastią Habsburgów, dając podwaliny dla Czarnej legendy. Z drugiej strony, jego bezustanna walka i posłuch, jaki zdobywał u wielu ludzi, także na dworze, w okresie swej działalności, dla historyków katolickich i nacjonalistycznych w Hiszpanii od XIX wieku były podstawą do stworzenia Białej legendy, w której zarówno Korona jak i konkwistadorzy, jeśli uczynili cokolwiek złego na większą skalę, działo się tak z powodu nieusuwalnych przeszkód, błędów pojedynczych osób czy niefortunnych zbiegów okoliczności. Obie wersje historii z gruntu są, jako generalizacje, fałszywe i nie biorą pod uwagę wielu istotnych faktów. Kolonie hiszpańskie widziały tyle samo okrucieństw, co zamorskie posiadłości innych państw europejskich, choć częściowo z innych przyczyn. Nie można jednak rodaków de las Casasa oskarżać o wszelkie zło, wszak stało przed nimi zadanie, jakiego jeszcze nikt przed nimi w takiej skali nie wykonał i do którego zabrali się z nadzwyczajną pasją.
Obraz Indian, jaki malował przed oficjelami hiszpańskimi de las Casas, wydaje się nam równie mało realny jak jemu współczesnym. Ten bon sauvage - dobroduszny, niezepsuty chciwością, na dobro odpowiadający dobrem, a na zło szlachetną obojętnością - choć bliższy jest prawdzie od propagandy encomenderos, nie bierze pod uwagę słabości i przywar ludzkiej natury. 
Właśnie ta przesada i niezdolność znoszenia niezadowalających kompromisów zadecydowała o wszystkich porażkach i sukcesach Bartolomé de las Casasa. Gdy w Madrycie umierał 18 lipca 1566 roku, jego serce na pewno było niespokojne o dalszy los drogich mu Indian, lecz nikt ze współczesnych mu nie zrobił dla nich więcej.

Bibliografia:

  1. F.A. MacNutt, Bartolomew de las Casas: His Life, Apostolate and Writings, Cleveland 1909;
  2. M.G. Brennan, Las Casas and The New Laws, Revista De Historia de América, 61/62 (1966), s. 23-41;
  3. P.S. Vickery, Bartolomé de las Casas: Prophet of The New World, Mediterranean Studies, 9 (2000), s. 89-102.

Komentarze